Dotarliśmy do Unawatuna. Rybackiej wioski, która przez ostatnie 15 lat rozrosła się znacznie i stała się miejscem szczególnie pożądanym przez turystów ze względu na położenie w zacisznej zatoce. Sporo tu rodzin z dziećmi. Generalnie raczej tłoczno, małe plaże, sporo knajpek i dużo ludzi. Postanowienia z jakim tu przyjechaliśmy było takie, że pomoczymy trochę dzieciaki w oceanie i wracamy do Negombo. Do Negombo jednak nigdy nie dotarliśmy... Ale od początku.
Mieliśmy w planach odwiedzić jeszcze Bentota i Alughama. Znajoma polecała nam bardzo wypad tam i rejs po rzece w celu oglądania krokodyli. MaMa szukała w internecie fajnej miejscówki, pytała spotkanych ludzi i NIC. To co było fajne nie chciało rodzin z małymi dziećmi albo było upiornie drogie.
Postanowiliśmy więc nie napinać się i ruszyć do popularnej Unawatuna. W końcu zmiany planów na tych wakacjach to nasza specjalność. Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Podróż krótka, z przerwą na żółwie, fajnie.
Pierwszą noc spędziliśmy w The Villa nad samych oceanem.
Musieliśmy jednak uciekać stamtąd, gdyż miejsce nie było szczególnie bezpieczne dla Cycusia ze względu na brak zabezpieczeń przy zejściu na plażę. Pozostałości po tsunami były wciąż dość widoczne - potłuczone resztki tarasu, kamienie. Generalnie wszystko do pokonania dla dorosłych i starszych dzieci, ale dla Cycusia jednak nie do przejścia.
Następnego dnia przenieśliśmy się do hotelu Flower Garden, jednego z nielicznych tu hotelu z basenem. To było wyraźne życzenie Starszej Siostry. MaMa nie protestowała, bo to już ostatnie dni naszej podróży i szczęście dzieci najważniejsze.
Zaraz po zalogowaniu się w hotelu z zrzuceniu bagaży Mama natknęła się na zielonego węża sunącego po trawniku. Nie były to zwidy li tylko, bo reszta naszej Rodzinki też go widziała. Nie wiemy, czy jadowity, czy nie, ale wrażenie upiorne. Generalnie warany, agamy, czy inne jaszczurki dość często przemykały po trawnikach, ale wąż...
W Unawatuna ocean jest spokojniejszy, bez ogromnych fal, które rozbijają się na rafie i właśnie budowanym falochronie.
Trochę słabe wejście do wody, bo fale wyrzucają kawałki połamanej rafy i można pokaleczyć stopy. Natomiast na tyle spokojny, że wszyscy, nawet Cycuś i Starsza Siostra, mogliśmy się kąpać do woli:)
Mieliśmy tu zostać na dwie noce a na dwie ostatnie jechać do Negombo, żeby być bliżej lotniska. Ale na tyle nam się tu spodobało, ze postanowiliśmy już zostać do końca urlopu. Ale żeby nie siedzieć cały czas na basenie albo w knajpie na plaży
wyruszyliśmy obejrzeć stupę i posąg Buddy na zachodnim cyplu zatoki
Z góry rozciągał się piękny widok na zatokę
.
a z drugiej strony zabytkowy holenderski fort w Galle (szkoda, ze tam nie dotarliśmy)
14.03.2013 - Unawatuna