piątek, 15 marca 2013

Koggala - wylęgarnia żółwi


Wreszcie ruszyliśmy dalej :) Cel: Unawatuna. A po drodze wylęgarnia żółwi w Koggala prowadzona w ramach Turtle Conservarsion Project. Trasa nie była długa i wiodła wybrzeżem oceanu mogliśmy obserwować łodzie rybackie w zatoce Wiligama


W Koggala jest dość mała wylęgarnia. Wstęp kosztuje 400LKR od dorosłych. Pracownicy skupują jaja żółwi od ludzi, którzy znajdą ich gniazda i przenoszą je w bezpieczne miejsce, żeby nie zostały zjedzone. Wszystko jest porządnie opisane

 Po wylęgu żółwiki przenoszone są basenów, gdzie czekają ok. 5 dni zanim nie stwardnieją im skorupy. Gdy już przestaną być łatwym łupem, są wypuszczane do oceanu.



W wylęgarni znajdują opiekę również żółwie chore albo ranne. Np. ten niżej został prawdopodobnie przejechany przez motorówkę, której śruba obcięła mu prawą przednią łapę oraz poharatała skorupę





A poniżej woda jest mętna, ponieważ rozpuszczono w niej lekarstwa dla żółwich pacjentów 



 Dzieciaki zachwycone :)

12.03.2013 - Koggala, Turtle Hatchery

czwartek, 14 marca 2013

Pożegnanie z Mirissa


I w końcu nastał ten dzień, w którym postanowiliśmy ruszyć dalej. Nie było to łatwe, ponieważ rozważaliśmy nawet pozostanie tu do końca urlopu i wyruszenie w ostatnią noc prosto na lotnisko. Przyjechaliśmy 1. marca i mieliśmy zostać trzy noce a ostatecznie wyjeżdżamy 12. ;) 

Będziemy miło wspominać: 

zachmurzone zachody słońca (znak zbliżającej się pory deszczowej);




 spacery po "naszej" plaży;
zbieranie muszelek i fragmentów rafy koralowej;

spokojną, niemal odludną, sąsiednią plażę, 


na której odpoczywały małe, wąskokadłubowe, łodzie z bocznym pływakiem,


 dzięki którym MaMa i Starsza Siostra miały codziennie świeże owoce morza;


świetny hotel,



 w którym obsługa dbała, żeby nam kokosy na głowę nie spadły,

po trawnikach biegały wiewiórki, kraby pustelniki, jaszczurki (to chyba jakaś agama - fota z balkonu) a w pokoju za telewizorem mieszkał sobie mały gekon (Starsza Siostra go polubiła, bo zjadał nasze komary, a Lankijczycy twierdzą, ze gdzie jest gekon, tam nie ma węży ;)



rewelacyjny basen (z brodzikiem dla Cycusia),






gdzie Starsza Siostra uczyła się skakać na główkę;





I oczywiście naszą ulubioną lunchownie na plaży (Mirissa Eye)



 Uśmiech zadowolenia na twarzy Starszej Siostry - bezcenny :D

Wyruszamy do Unawatuna...

12.03.2013 - Mirissa 

Tu wszystko jest takie proste



Tu wszystko jest takie proste. Lankijczycy mają zawsze dużo czasu, nigdy się nie spieszą, są zawsze uśmiechnięci i wydawać się może, ze wszystko czego, potrzebują mają w zasięgu reki. My też poddaliśmy się tej atmosferze :) Zmieniamy wcześniej ułożone plany, gdy okazuje się, że któremuś z uczestników wycieczki zachciało się czegoś innego. I tak, pomimo wcześniejszej decyzji, ze wreszcie mamy jechać dalej, odłożyliśmy to na kolejny dzień :P Okazało się bowiem, że chcemy pójść na sąsiednią plażę, żeby pooglądać kolorowe rybki... skoro taka jest wola ludu ... ;)

 Z wizytą u krawca

Nic tak nie cieszy, jak zachwyt dziecka :) Z tego powodu, po kilkudniowych poszukiwaniach odpowiedniej sukienki dla Starszej Siostry wpadliśmy na pomysł, że można taką uszyć. Proste, prawda? Że też zajęło nam to kilka dni :P
W związku z faktem, że kobiecie zawsze trudno podjąć decyzję, Starsza Siostra zwizytowała dwa miejsca :) W jednym z nich zamówiła piękną niebieską sukienkę. Mimo tego, że sukienkę zamówiliśmy dzień wcześniej i miała być gotowana na nasze przyjście, okazało się, ze Pani Krawcowa, gdy tylko nas zobaczyła, rzuciła się do maszyny do szycia z okrzykiem "I do now" :) Miała być skończona za 30 minut, więc MaMa i Starsza Starsza poszły odebrać drugą suknię, tym razem czerwoną. Na szczęście w drugim miejscu sukienka już czekała. Starsza Siostra oniemiała z zachwytu! Oczywiście nie chciała jej zdjąć i wracał już w nowej ;)


Po powrocie do pierwszego miejsca Pani Krawcowa uwijała się przy maszynie



A po powrocie do pokoju znów przymierzyła niebieską oraz nowy kapelusz - chyba się podoba ;)


10.03.2013 - Mirissa

Unawatuna



Dotarliśmy do Unawatuna. Rybackiej wioski, która przez ostatnie 15 lat rozrosła się znacznie i stała się miejscem szczególnie pożądanym przez turystów ze względu na położenie w zacisznej zatoce. Sporo tu rodzin z dziećmi. Generalnie raczej tłoczno, małe plaże, sporo knajpek i dużo ludzi. Postanowienia z jakim tu przyjechaliśmy było takie, że pomoczymy trochę dzieciaki w oceanie i wracamy do Negombo. Do Negombo jednak nigdy nie dotarliśmy... Ale od początku. 
Mieliśmy w planach odwiedzić jeszcze Bentota i Alughama. Znajoma polecała nam bardzo wypad tam i rejs po rzece w celu oglądania krokodyli. MaMa szukała w internecie fajnej miejscówki, pytała spotkanych ludzi i NIC. To co było fajne nie chciało rodzin z małymi dziećmi albo było upiornie drogie.
Postanowiliśmy więc nie napinać się i ruszyć do popularnej Unawatuna. W końcu zmiany planów na tych wakacjach to nasza specjalność. Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy. Podróż krótka, z przerwą na żółwie, fajnie. 

Pierwszą noc spędziliśmy w The Villa nad samych oceanem. 


Musieliśmy jednak uciekać stamtąd, gdyż miejsce nie było szczególnie bezpieczne dla Cycusia ze względu na brak zabezpieczeń przy zejściu na plażę. Pozostałości po tsunami były wciąż dość widoczne - potłuczone resztki tarasu, kamienie. Generalnie wszystko do pokonania dla dorosłych i starszych dzieci, ale dla Cycusia jednak nie do przejścia. 

Następnego dnia przenieśliśmy się do hotelu Flower Garden, jednego z nielicznych tu hotelu z basenem. To było wyraźne życzenie Starszej Siostry. MaMa nie protestowała, bo to już ostatnie dni naszej podróży i szczęście dzieci najważniejsze. 











Zaraz po zalogowaniu się w hotelu z zrzuceniu bagaży Mama natknęła się na zielonego węża sunącego po trawniku. Nie były to zwidy li tylko, bo reszta naszej Rodzinki też go widziała. Nie wiemy, czy jadowity, czy nie, ale wrażenie upiorne. Generalnie warany, agamy, czy inne jaszczurki dość często przemykały po trawnikach, ale wąż...
  
W Unawatuna ocean jest spokojniejszy, bez ogromnych fal, które rozbijają się na rafie i właśnie budowanym falochronie. 





Trochę słabe wejście do wody, bo fale wyrzucają kawałki połamanej rafy i można pokaleczyć stopy. Natomiast na tyle spokojny, że wszyscy, nawet Cycuś i Starsza Siostra, mogliśmy się kąpać do woli:)


Mieliśmy tu zostać na dwie noce a na dwie ostatnie jechać do Negombo, żeby być bliżej lotniska. Ale na tyle nam się tu spodobało, ze postanowiliśmy już zostać do końca urlopu. Ale żeby nie siedzieć cały czas na basenie albo w knajpie na plaży 
wyruszyliśmy obejrzeć stupę i posąg Buddy na zachodnim cyplu zatoki 







Z góry rozciągał się piękny widok na zatokę
a z drugiej strony zabytkowy holenderski fort w Galle (szkoda, ze tam nie dotarliśmy)



14.03.2013 - Unawatuna