środa, 27 lutego 2013

Sigiriya - Lwia Skała


Wyruszyliśmy do Dambulla - naszej bazy wypadowej do Sigiriyi i Cave Temples :) Trudno było zostawiać piękne Kandy, ale cóż zrobić - grafik wycieczki napięty, mamy zwiedzać a nie leżakować, no to zwiedzamy. Podróż zajęła nam więcej niż zaplanowane 2h (70km!), gdyż trafiliśmy na procesję z okazji Poya w Matale. Z tego powodu mieliśmy jedynie 1h obsuwy... 

W końcu dojechaliśmy do Dambulla, gdzie nasz Driver proponował nam hotele nie do przyjęcia. Ciężko było się z nim porozumieć, więc trochę czasu szukaliśmy hotelu (bez rezerwacji, o zgrozo :P), ale udało się. Trafiliśmy cud-miód. Bez basenu i żadnych fajerwerków, ale po co nam to? Przecież my przyjechaliśmy zwiedzać, nie pływać ;)
To było dobre posuniecie. Rzuciliśmy graty, wzięliśmy dzieciaki pod pachę i udaliśmy się do Sigiriya. I tu nastąpił podział. Starsza Siostra zabrała Tatulka na Wielką Górę a MaMa została z Cycusiem pogadać z małpami. Jako, że nieznajomość języków nie pozwoliła na dłuższą konwersacje, MaMa oddała się lekturze przywiezionej ze sobą książki.
  
Sigiriya to absolutne must see Sri Lanki. To pozostałości ruin starożytnego pałacu zbudowanego w V wieku n.e. na szczycie ogromnej bryły magmy o prawie 400 metrowej wysokości, która jest widoczna z wielu kilometrów. A widok jest zaprawdę zacny



Kupiliśmy bilety (dorosły 3750 LKR, dzieci do lat 6 - free) i wchodzimy. Dookoła ładny park z alejkami:



 Po pierwszym odcinku kamiennych schodów dotarliśmy do miejsca, gdzie zaczynają się metalowe kręcone schodki prowadzące do galerii ze starożytnymi freskami. Pierwszy raz nogi się po nami ugięły, ale na szczęście schody są dobrze zabezpieczone metalową siatka

Freski z cycatymi nałożnicami władcy maja prawie 1600 lat. Foty dozwolone, ale flesz zabroniony


Trzeci etap wspinaczki rozpoczyna się między lwimi łapami.

A to, co dzieje się dalej przyprawia o drżenie kolan - mam lęk wysokości. Starsza Siostra też drży kurczowo trzymając się poręczy. Mówię jej, że jeśli będzie się bała, to możemy zawrócić... Zawróciliśmy zanim doszliśmy do pierwszego zakrętu na metalowych schodach...
Ale Starsza Siostra chciała jedynie odpocząć, napić się wody i nastroić psychicznie przed dalszym wchodzeniem - po 5 minutach jednak wchodzimy wyżej.

A na szczycie cudne widoki!

 Jesteśmy bardzo zadowoleni, że podjęliśmy drugą próbę


Schodziliśmy w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Do swojego pięknego pokoju wróciliśmy, jak już było zupełnie ciemno. Zamówiliśmy smaczne jedzenie. Wszyscy w świetnych humorach. I tu chcemy pochwalić nasze dzieciaki, bo sprawują się cudnie. Cycuś nie marudzi. O dziwo wytrzymuje trudy podróży. Starsza Siostra chodzi ciągle podjarana i pyta co dalej, co dalej? Oby ta sielanka trwała :)
A to specjalnie dla Babć. Jakie są wakacje?

25.02.2013 - Sigiriya 

wtorek, 26 lutego 2013

Świątynia Zęba, Kandy



Dopiero wieczorem po Kandy Dance sprawdziłem kiedy wypada comiesięczne lankijskie święto Poya, obchodzone w każdą pełnię księżyca i upamiętniające oświecenie Buddy. Niestety wypadło 25.02, gdy akurat rano mieliśmy w planach Sri Dalada Maligawa, czyli Świątynię Zęba, która jest najważniejszą buddyjską świątynią na Sri Lance. Jest w niej przetrzymywana relikwia Zęba - najświętszy przedmiot buddyzmu przyciągający pielgrzymów z całego świata. To podobno lewy górny siekacz Buddy, który wg jednej z legend uniósł się w powietrze podczas palenia jego ciała, żeby zasygnalizować chęć pozostania na ziemi...

Przed brama oczywiście kupa odświętnie ubranego ludu, dźwigającego naręcza kwiatów dla Buddy. Standardowo osobna kasa dla obcokrajowców, no i koniecznie trzeba zdjąć buty (a po powrocie kupić jakiś spraj antygrzybiczny na wszelki wypadek;). W środku tłok powoli drepczący po kolejnych schodach a na ścianach malowidła sugerujące, co powinni przynosić pielgrzymi:


Dźwięki bębnów i trąb wprawiają pielgrzymów w podniosły nastrój. 

Jeszcze kilka zakrętów po schodach i wreszcie docieram do pomieszczenia, z którego widać pomieszczenie, w którym znajduje się złoty relikwiarz zawierający Święty Ząb. Nie chce mi się stać w ogromnej kolejce, wiec oglądam kawałek relikwiarza ponad głowami tłoczących się pielgrzymów. Relikwiarz w całości mogę podziwiać na plakacie wiszącym  obok 

...i tym sie zadowalam,  bo muszę wrócić do MaMy i dzieciarni czekających na dole. Jeszcze tylko oglądam kilka mniej obleganych posągów Buddy i mogę schodzić.


Po wyjściu ze świątyni zrobiliśmy krótki spacerek brzegiem sztucznego jeziora Kandy stworzonego na polecenie ostatniego władcy królestwa Kandy na początku XIX w. Na tej wyspie miał swój osobisty harem.

 
Bardzo tam ładnie


Przed wyjazdem z miasta wstąpiliśmy jeszcze do KFC, gdzie sprawdziłem, gdzie przetestowałem lokalną odmianę ich znanych na całym świecie kurczaków, podawanych oczywiście z ryżem a wszystko zasypane lokalnymi przyprawami (w miarę ok, średnio pikantne)



25.02.2013 - Sri Dalada Maligawa, Kandy

poniedziałek, 25 lutego 2013

Kandy Dance


W Kandy byliśmy ok. 16, zalogowaliśmy się do wykupionego wcześniej hotelu Settle Inn (nie polecam), odświeżyliśmy nieco i pojechaliśmy zażyć trochę tutejszej kultury. Kandy Dance to pokaz lokalnych tańców tradycyjnych - różne układy, stroje, bębny, jedzenie ognia, itp. Bardzo nam się podobało, nawet Starsza Siostra siedziała jak zamurowana, ale nie będę się rozwijał, bo już późno ;) Zobaczcie sobie sami, chociaż zdaję sobie sprawę, że tych parę fotek nie jest w stanie oddać piękna tego przedstawienia:














Później przenieśliśmy się do amfiteatru pod gołe niebo, żeby obejrzeć chodzenie po rozżarzonych węglach i dalsze zabawy z ogniem, ale było już ciemno i nie wyszły mi żadne sensowne fotki, które można by zaprezentować ;) 

Po takich wrażeniach artystycznych nasz driver zawiózł nas na kolacje do knajpy na wzgórzach z pięknym widokiem na miasto i jezioro. Generalnie słabizna - zbyt drogo i niezbyt smacznie... Po powrocie do hotelu postanowiłem ruszyć w miasto po piwo do papierosa, podczas gdy żona usypiała dzieciarnie. Na Sri Lance nawet na sprzedaż piwa trzeba mieć licencję, więc czasami znalezienie czegoś może być niezłym wyzwaniem. Ale gdy w pierwszym sklepiku z brzegu, spytałem, gdzie można kupić piwo, sprzedawca konspiracyjnym szeptem (po drugiej stroni ulicy stał policjant) odpowiedział, że ma duże puszki po 300 LKR (podwójna cena sugerowana przez producenta). Gdy ją zaaprobowałem, przyniósł mi takie coś:   


zawinięte w podwójne foliowe torebki, żeby nie było widać, co jest w środku. Piwo, to piwo, pomyślałem, w końcu jestem na bezrybiu... ale to było ciepłe :/ Ach, szkoda, że nie miał Liona. No cóż, jak to na mecie - byle mocniejsze, i tak się sprzeda. 


24.02.2013 - Kandy

Royal Botanical Gardens, Peradeniya, Kandy


W drodze do Kandy zatrzymaliśmy się jeszcze na przedmieściach w ogrodzie botanicznym - Royal Botanical Gardens. Wjazd też 10x droższy dla zagraniczniaków, dzieciaki na szczęście ze free. 
Duży teren, pięknie utrzymany, pełen niesamowitych drzew, krzewów i ziół. Największe (w dosłownym tego słowa znaczeniu) wrażenie zrobiła na mnie Coco de Mer, czyli Double Coconut Palm - posiadaczka najcięższych nasion produkowanych przez jakąkolwiek roślinę rosnącą na ziemi - dojrzałe mogą ważyć nawet 17 kg. A najcięższe owoce (przypominające kobiece pośladki;) osiągają wagę nawet do 40 kg. Tak, tak - jeden owoc, czyli oba pośladki!  



Spacerek całkiem przyjemny,


Cycuś jak zwykle demolował


A Starsza Siostra przytulała nieznane drzewa.



Ale dla autochtonów to my, a właściwie Cycuś, był największą atrakcją ogrodu - przyglądali się, zagadywali, pytali, czy mogą zrobić zdjęcie, a Cycuś śmiał się do każdej pochylającej nad nim twarzy, wzbudzając jeszcze większa radość.


24.02. 2013 - Royal Botanical Gardens, Peradeniya, Kandy

Pinnawela - sierociniec słoni


Uff... wstaliśmy o 5.30, udało się nam spakować i nawet się nie pozabijaliśmy, chociaż raz już było blisko. Punkt 6. zaczęliśmy znosić toboły (olaboga, ile tego barachła!) do naszego vana zamówionego jeszcze z PL - okazało się, ze lankijski teść znajomej znajomej świadczy usługi transportowe i zaproponował nam dobrą cenę - dość leciwa Toyota Hiace, ale obszerna, komfortowa i z działającą klimatyzacją :)
Po ok. 2h przejechaliśmy tylko 70km, ale drogi tu wąskie a kierowców dużo, każdy wyprzedza na trzeciego albo zatrzymuje się nagle na środku ulicy - chaos, ale wypadków podobno nie ma za wiele, bo wszyscy jednak używaja zasady ograniczonego zaufania a pierwszeństwo ma ten, co ma głośniejszy klakson i pierwszy się wepchnie ;)

Dotarliśmy do Pinnawela. Przed brama sierocińca tłum ludzi. Zaczęliśmy żałować, że przyjechaliśmy w niedziele. Po otwarciu bram okazało się, ze dla obcokrajowców jest osobna kasa, ale za stanie w mniejszej kolejce trzeba zapłacić 10x więcej niż gdy jest się autochtonem. To jest standardem we wszystkich tutejszych atrakcjach.

Sierociniec jest nieco smutnym miejscem, ponieważ znajdują się tu słonie, które nie mogą pracować - zarówno stare, schorowane oraz pokaleczone przez wieloletni konflikt z tamilami...

... jak i młode, którym źli ludzie albo miny zabrały matki.


 Po porannym karmieniu odbywa się przemarsz przez wioskę na codzienną kąpiel w pięknych okolicznościach przyrody



Gdy już mieliśmy dość oglądania Starsza Siostra postanowiła przejechać się na jednym z takich olbrzymów. Odjechaliśmy kawałek od wioski i zjechaliśmy w las. Tu już były słonie zdrowe i zarabiające ;) kosztowało nas to 3000LKR za 20 min. + 100 LKR na banany do karmienia słonia w czasie jazdy + jeszcze prawie 300 wyciągnął od nas przewodnik słonia, za robienie nam fotek podczas przechadzki po dżungli (czyli reszta drobniaków, która miałem przy sobie - niezbyt  był zadowolony, że tylko tyle;)  


Starsza Siostra bardzo zadowolona, chociaż z czasem słoń śmierdział coraz bardziej a do tego bił ją uszami po łydkach ;) gdy weszliśmy do rzeki przewodnik przytomnie spytał nas, czy chcemy prysznic, na co odpowiedź mogła być tylko jedna - NIE! Dzięki temu przejażdżka skończyła się uśmiechem, zamiast płaczem ;)

sobota, 23 lutego 2013

Nudno mi...


Dziś po południu znów lenistwo, czyli basen nad oceanem :) Chyba powoli przyzwyczajamy się do upałów, ale już czekam, aż mi skóra zejdzie z czaszki   Widoki ładne, dzieciaki się bawią, ale ogólnie nuda...




Wczoraj przegapiliśmy zachód słońca nad oceanem a dziś wieczorem niestety przyszły chmury...




Wieczory umila nam najlepszy lokalny browar - Lion:






oraz lokalna fauna:




Jutro znów ambitnie - wstajemy przed 6. i jedziemy do sierocińca słoni w Pinnawala...